23.07.2016

Jeśli dzieli nas od przepaści krok...

Tytuł oryginału: The Sea of Tranquility
Tytuł polski: Morze Spokoju
Autor: Katja Millay
Tłumaczenie: (?)
Wydawnictwo: Jaguar

Proszę pozwól mi milczeć.
Proszę naucz mnie krzyczeć.
Proszę, nie zbliżaj się.
Proszę zostań.
Proszę nie ratuj mnie.
Proszę odnajdźmy nasze Morze spokoju.

Natsyja przeprowadza się do ciotki i  zaczyna naukę w nowej szkole. Wyzywające ubrania, mocny makijaż oraz milczenie są jej strategią by w spokoju przeżyć liceum. Niewielu wie jednak o jej drugim celu: zemście na swoim oprawcy dokonanej lewą ręką.
Josh'owi nie pozostał już nikt. Otoczony niewidzialnym polem siłowym spokojnie przeżywa kolejne dni. Nie pragnie już niczego poza wymazaniem słowa żegnaj z własnego życia.
Podstępny los splecie losy dwójki nastolatków z tragiczną przeszłością i nie będzie chciał ich zostawić samych. Tylko czy Josh chcę poznać tajemnice Natsyji? Czy Natsyja chcę odnaleźć dla siebie przyszłość? Czy miłość na pewno jest lekarstwem? 

&&&

Niektórych powieści się nie wybiera, to one znajdują nas. Wiem, co mówię, bo dokładnie było tak ze mną i Morzem Spokoju. Nie chciałam czytać tej książki, słyszałam o niej tylce co nic. Gdy wpadła jednak w moje ręce, zupełnym przypadkiem, po wizycie u koleżanki, to poczułam, że muszę w przyszłości ją przeczytać, chociaż nie było żadnego konkretnego powodu. Potem gdy pozostałe powieści krzyczały z półek, ta pozostawała cicha, nie pamiętałam nawet, że wciąż tam stoi. Wzięłam, więc tę zakurzoną, milczącą powieść. Nie wiedząc do końca czego się spodziewać, mimo pięknego fragmentu umieszczonego na obwolucie.
Sama okładka nie podoba mi się wcale. Sprawia wrażenie kompletnie pozbawionej koncepcji,  a także staranności w wykonaniu. Za dużo tych całych poleceń, kolor napisu umieszczonego na dole gryzie się z pozostałą częścią, wybrane zdjęcie zostało ucięte w nieodpowiednim momencie, przez co para przypomina trochę kosmitów. Chmury umieszczone w tle tekstu są dobrym pomysłem, jednak zasłonięte natłokiem słów nie tworzą tego nastroju magii. Dla tej historii pasowałaby jakaś subtelna, trochę mroczna obwoluta, nic krzykliwego. W porównaniu więc z prezentowaną wersją wszystko jest nie tak, a obie wersje zagraniczne są o wiele ładniejsza (okładka 1/2)

Żyję w świecie pozbawionym magii i cudów. W miejscu, gdzie nie ma jasnowidzów czy zmiennokształtnych, żadnych aniołów czy supermanów gotowych ocalić Twoje życie. W miejscu, gdzie ludzie umierają a muzyka potrafi ich skłócić, a wiele rzeczy jest do bani. Jestem tak mocno osadzona na ziemi przez ciężar rzeczywistości, że czasami zastanawiam się jak to możliwe, że nadal potrafię unosić moje nogi podczas chodzenia.

Trudno było mi przebrnąć przez początek tej książki. Brakowało mi akcji, a treść zdawała się dłużyć w nieskończoność. Po przeczytaniu dopiero około stu stron udało mi się wejść w tę historię. Pojawiło się więcej ciekawych wydarzeń i wreszcie miałam na co czekać. Relacje zaczęły się spokojnie rozwijać, a razem z nimi również moje zainteresowanie.
Katja Millay piszę bardziej opisowo niż inne autorki tego typu lektur, większość rozdziałów rozpoczyna się od wspomnienia lub rozmyśleń jednego z bohaterów. Mówię w liczbie w mnogiej, ponieważ w Morzu Spokoju spotkamy się z narracją prowadzaną z dwóch punktów widzenia. Pisarce udało się rozróżniać sposoby wyrażania się postaci, chociaż nie jest to widoczne na pierwszy rzut oka, ale dopiero po zagłębieniu się w tę pozycję. Słownictwo zdawało się utrzymać dobry poziom. Pani tłumacz nie siliła się na używanie slangu, który nie funkcjonuje w rzeczywistości, za co jestem jej wdzięczna, bo naprawdę nikt nie mówi w co drugim zdaniu ziom, a zdarza się w to dziwnie przełożonych książkach.
Wątek romantyczny był mieszanką wybuchową, wszelkich emocji. Jak to zwykle bywa zaczęło się zwyczajnie, a później wszystkie kontrolki zaczęły płonąć, chociaż zbliżająca się tragedia była nieunikniona. Bohaterowie depczą sobie serca, brudzą duszę i plują ogniem, oni kochają, nienawidzą, ranią, jakby zamknięto ich na planie koła. Pewne problemy mogą zirytować, następne trzymają w napięciu, a jeszcze inne budzą pobłażliwy uśmiech.

Jeszcze nie zacząłem liczyć. Nie wiem, czy tylko ja tak mam, czy wszyscy: za każdym razem, kiedy ktoś umiera, odliczam, ile czasu minęło. Najpierw minuty, potem godziny. Potem dni, tygodnie i miesiące. I pewnego razu uświadamiasz sobie, że już nie liczysz i nawet nie wiesz, kiedy przestałeś. W tym momencie ta osoba odchodzi naprawdę.

Pisarka nakreśliła głównych bohaterów, którzy dokonują wielu złych wyborów, którzy są zagubieni i którymi wielokrotnie chciałam potrząsnąć i krzyknąć: Co wy robicie?! Kreacja budziła więc we mnie sporo wątpliwości względem oceny którejkolwiek postaci. Wydaję mi się, jednak, że nadawała też jakieś realności całej książce, pozwalała zrozumieć, że to tylko nastolatki, tylko ludzie.
Natsya jest dziewczyną, której można współczuć, ale o wiele trudniej jest ją polubić. Podobał mi się fakt, że nie była kolejną zagubioną nastolatką płaczącą po kątach, jednak trudno mówić o sympatii względem buzującej w niej nienawiści. Fakt, że nie mówiła, był ciekawym urozmaiceniem, chociaż momentami męczył mnie niemiłosiernie, bo odpierał dynamikę większości scen. Naprawdę miałam ochotę czasem na nią wrzasnąć żeby przestała być taką jędzą i przyjęła pomoc, chociaż również w jakimś stopniu rozumiałam jej zachowanie.
Josh'a także uważam za świetnie wykreowaną postać - miał w sobie wszelkie ludzkie instynkty, nawet mimo przytłumienia niektórych z nich, z powodu tak wielu przeżytych tragedii. Był inteligenty, chociaż momentami bardzo naiwny. Był samotnikiem, który przyjaźnił się ze szkolnym podrywaczem. Był zdrowy i umierał, nie przyznając się nikomu. Był... Chodzącą sprzecznością. Przyznaję, że polubiłam tego nastolatka w sporym stopniu, chociaż czasem był naprawdę sporym idiotą. Moją sympatię uzyskał za sprawą nietypowej pasji oraz prób wypłynięcia z krainy duchów, w której zdawał się tonąć. Przecież nie został już nikt, więc dlaczego on wciąż ma oddychać?
Bohaterowie drugoplanowi byli nieźle pokazani. Przewijające się postaci nie tworzyły mdłego powtórzenia, ale posiadały indywidualne cechy, które można by nazwać przewodnimi. Jak się okazało w trakcie czytania imiona noszone przez bohaterów również nie były wybrane przypadkowo, każde coś mówiło o danym człowieku, co uważam za dobre posuniecie ze strony autorki, udowadniało, że zależy jej na swojej pracy.

Dziwi mnie, że ludzie tak bardzo boją się, co może ich spotkać w ciemnościach, a w ogóle nie myślą o swoim bezpieczeństwie w ciągu dnia, jakby słońce dawało wystarczającą ochronę przed całym złem tego świata. A nie daje. Szepcze, mami ciepłem, by potem wepchnąć cię twarzą w błoto. Światło dnia przed niczym nie może cię ochronić. Złe rzeczy dzieją się na okrągło, nie czekają aż zjesz kolację.

Na różnych forach spotykałam się z określeniem tej książki jako pięknej, lecz nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Powieść ta była po prostu smutna, mówienie o niej jako ślicznej jest nieprawdąMorze spokoju nie jest, bowiem pozycją serwującą bajeczkę o miłości, która naprawia wszystko, a historią o nienawiści, która rozrywa nasze serce, względem ludzi, względem siebie i względem samego Boga. Ta pozycja mówi, że miłość jest promyczkiem nadziei, czynnikiem który zagłuszy żal, ale nie może być potrzebnym lekarstwem. Uczucia są tutaj przedstawiane jako tabletki przeciwbólowe, które pomogą przetrwać, popchną do działania i ogłupią, lecz nie sprawią, że problem zniknie, nie przywrócą światu wszystkich istniejących barw.
W tej książce drzemie dziwna dojrzałość, która pogruchotała moje serce, a nawet nie jestem pewna w którym momencie zaczęła to robić. Nie wiem też kiedy stałam się częścią tej lektury, kiedy stałam się Natsyją i Josh'em, kiedy zaczęłam oddychać ich powietrzem. Dzięki tej pozycji poczułam się zepchnięta na krawędź i jestem za to bardzo wdzięczna. Łzy nigdy nie smakowały mi tak dobrze. Przyznam też szczerze: zakochałam się, w pomyśle na tą historię, w bohaterach i w każdym jej elemencie. Jest to pozycja idealna dla romantycznych dusz, którą będą wspominać ze wzruszeniem.


Moja ocena:
★★★★★★★★★☆
(wybitna)

I czy tylko mi tak bardzo szkoda, że tą pozycję można przeczytać teraz wyłącznie w formie elektronicznej? Nawet mimo mało olśniewającej okładki chciałabym mieć ją w swojej biblioteczce. Eh, ciężki żywot książkoholika.

6 komentarzy:

  1. Ja w tą powieść wciągnęłam się od razu - w takich historiach nie przeszkadza mi brak akcji. Strasznie mi się podobała ta książka :D
    Pozdrawiam!
    houseofreaders.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurczę. Tragiczne wydarzenia które do siebie przyciągają ludzi, ciekawe.
    Jestem jednak ciekaw czy takie fana fantasy jak ja ta książka by wciągnęła. Serdecznie pozdrawiam i zapraszam do mnie :D
    http://recenzumkomiksiarza.blogspot.com/2016/07/ultimate-origins.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Już dawno temu o niej słyszałam i bardzo chciałam ją przeczytać, ale jakoś tak zaginęła w akcji. Już dawno o niej zapomniałam :P Na pewno w najbliższym czasie po nią sięgnę.
    pomiedzy-wersami.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Wciągająca, urocza i lekka. Dla mnie jednak pokrywa się z większością młodzieżówek, ale godna polecenia. Pozdrawiam Ola z pomiedzy-ksiazkami.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Naprawdę już nie można dostać jej w papierowej wersji? ;/ Ja zakupiłam ją tuż po polskiej premierze, bo opis mnie zachwycił, więc moją biblioteczkę na szczęście zdobi. I chociaż oczekiwałam czegoś zupełnie innego, to zostałam pozytywnie zaskoczona i "Morze spokoju" stało się książką, do której wracałam już wielokrotnie i na pewno jeszcze będę wracała. ;)
    Pozdrawiam,
    Amanda Says

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę własnego egzemplarza. Mi pozostało chyba tylko polowanie w koszach promocyjnych, a nuż się uda. c:
      "Morze spokoju" jest trochę dziwną książką, ale również u mnie znajduje się na liście ulubionych i chcę do niej za jakiś czas wrócić. ;)
      Również pozdrawiam. <3

      Usuń