Ariana | Blogger | X X

06.05.2018

Włóczęga po Stanach Zjednoczonych przyczyną podróży w głąb siebie


Tytuł oryginału: Amy and Roger's Epic Detour
Tytuł polski: Aż po horyzont
Autor: Morgan Matson
Tłumaczenie: Stanisław Kroszczyński
Wydawnictwo: Jaguar

Świat Amy rozpadł się na kawałki po śmierci ukochanego ojca. Teraz czekają długa zaplanowana co do minuty podróż do nowego domu, w której ma jej towarzyszyć Roger, chłopak z sąsiedztwa. Nastolatki odnajdują, jednak wspólny język i postanawiają odbyć o wiele bardziej szaloną podróż po całych Stanach Zjednoczonych. 








 &&&

Okładka Aż po horyzont jest bardzo sugestywna. Od razu przywodzi nam na myśl historie o podróży, w której udział wezmę nastolatki. Umieszczone zaś w górnej części splecione dłonie sugerują, że będzie to również historia miłosna. Pierwszy element idealne definiuje tę książkę — podróż jest tu główny wątkiem, zarówno ta dosłowna, jak i ta duchowa, głąb w nas samych. Wątek miłosny pozostaje tu jednak gdzieś z tyłu, do tego stopnia, że można nazwać go trzecioplanowym. Czy książka młodzieżowa oparta na takich motywach mogła się udać?


Kiedy z kimś się żegnamy, to jakbyśmy komuś mówili, że już nigdy więcej się nie zobaczymy. To jakbyśmy się zgadzali, że to jest nasza ostatnia rozmowa. Więc jeżeli nie mówimy sobie "do widzenia", jeżeli rozmowy nie skończyliśmy, to znaczy, że będziemy musieli spotkać się znowu.


Tym, co wyróżnia tę książkę pośród innych do niej podobnych, jest forma jej wydania. W tekst wplecione tu bowiem zostały zdjęcia paragonów, map i pocztówek oraz notatek wyrwanych z notatnika. Owe dodatki wzbogacały treść i sprawiły, że przez niemal całą powieść czujemy się jakbyśmy, czytali prawdziwą historię, w której nasi znajomi z sąsiedniego domu wybrali się w podróż i odwiedzili istniejące w Stanach Zjednoczonych miejsca.

Owa przyziemność całej historii pozwala też na poznanie kilku ciekawostek na temat Ameryki. Nie ma tu co prawda żadnych sytuacji, które mogłyby się stać przełomowymi w naszym postrzeganiu tego kraju, ale na kilka krótkich wzmianek mówiące o kulturze, możecie liczyć. Książka ukazuje też  wielokulturowość Stanów Zjednoczonych, to jak wiele różni od siebie poszczególne stany, tworzące przecież jedno państwo.



Wiedziałam, że potrafię udawać. Stwarzać pozory, że wszystko gra - dopóki ktoś się nie zaweźmie i nie zacznie próbować poważnych rozmów ze mną. Nie na próżno jestem aktorką. Wiedziałam jednak, że gdyby ktoś zechciał przyjrzeć się zbyt dokładnie, przekonałby się z całą pewnością: nic nie było w porządku, tak bardzo nie było, że to aż żałosne.


Kreacja bohaterów jest tu dość średnia. Z jednej strony mamy momentami denerwującą główną bohaterkę, która, nieco przewrotnie, irytuje przez to, że jest postacią stuprocentowo realną, mającą swoje problemy, lęki oraz chwile bycia słodką idiotką. Amy w całej powieści przechodzi jednak mnóstwo przemian, a proces jej powolnego radzenia sobie z traumą i godzenia się z nową sytuacją, w jakiej przyjdzie jej żyć, wypada naprawdę prawdziwie. Zmiany nie przychodzą jej, bowiem zbyt łatwo, a niektóre z nich są na tyle niewielkie, że gdyby nie ich wydźwięk w finale można byłoby ich nie zauważyć. To właśnie jej przeżyciom została poświęcona większa część powieści, co pozwoliło autorce na wykreowanie świetnego portretu psychologicznego postaci.

Drugi z głównych bohaterów – Roger jest całkiem sympatyczny, ale w żaden sposób niewyjątkowy, czy zwracający na siebie uwagę. Pozostali bohaterowie to zaś pionki autorki, które pojawiły się, by zrobić coś w tej historii, pomóc Margon Matson popchnąć akcje do przodu, ale nie miały charakterystycznych cech, ich historie nie miały większego znaczenia, a one znikały tak szybko, jak się pojawiły.





Okazało się, że jeśli wiadomo, że kogoś już nigdy się nie zobaczy, "do widzenia" niewiele znaczy. Ważniejsze jest to, że już nigdy więcej nie powie się temu komuś niczego więcej. Że rozmowa na zawsze pozostanie nieskończona.


Relacja głównych bohaterów rozwija się gdzieś poza kartami tej powieści, ale w ogólnym rozrachunku książce wychodzi to na dobre. Dzięki temu autorka mogła się skupić na podróży naszych bohaterów, którzy stopniowo poznawali samych siebie i walczyli z duchami przeszłości. Nie w głowie były, więc im jakieś romanse i dopiero po wielu perypetiach udało im się poznać siebie nawzajem, a później zbliżyć się do siebie. Ta relacja i jej rozwój jest jak najbardziej oczywisty od pierwszych stron powieści, ale dzięki temu, że to nie ona była tu głównym wątkiem, jej przewidywalność nie przeszkadza, a co więcej czyni ją czymś uroczym.

Jeśli słysząc, że jest to książka opowiadająca się o podróży, nastawiacie się na historię z mnóstwem akcji i szalonymi przygodami, to Aż po horyzont was zadziwi. W książce tej najwięcej jest bowiem opisów uczuć i chwil refleksji. Były tu wręcz takie momenty, w których trakcie po prostu się nudziłam, czytając kolejny opis obiadu (z czego każdy lepszy od drugiego), tego, że bohaterowie znów gdzieś się przemieszczają i grają w dwadzieścia pytań, czy tego, jak prowadzą, dążące donikąd rozmowy. Zdecydowanie najwięcej jest tu jednak ciekawych rozmyślań, które kroczek po kroczku prowadzą nas do rozwiązania tajemnicy z przeszłości, której echa prześladują Amy.

Nie do końca odpowiadał mi język tej powieści. Wydawał się nie tyle prosty, o ile zbyt prosty, przepełniony mową potoczną. Szczególnie widać to w dziwnie pisanych dialogach, pełnych „eee” bądź „yyy”. I, jasne, rozmawiając często, umieszczamy w naszych wypowiedziach takie przerywniki, jednak nie każdy z nich trzeba zapisywać, bo sprawia to, że dialog czyta się niezręcznie. Opisy miejsc, czy posiłków, których również jest tu sporo, nie były złe, ale zabrakło im pewnej obrazowości.


Rzeczy straszne, potworne, mogą się wydarzyć wtedy, kiedy najmniej się ich spodziewamy, w słoneczny niedzielny poranek. A potem trzeba z tym żyć, z dnia na dzień, codziennie.



Nie jestem pewna czego tak właściwie oczekiwałam od powieści Morgan Matson i dlatego tak trudno jest mi podsumować moją opinię na jej temat. Aż po horyzont to przecież pozycja, która ma kilka naprawdę silnych stron – kreacje głównej bohaterki, wiarygodne opisy przeżyć i kilka scen, które pozwoliły na poznanie, choć skrawka amerykańskiej kultury. Nie brakowało tu jednak momentów nudnych, źle poprowadzonych dialogów i nijakich postaci pobocznych. Nie można więc powiedzieć, że jest to powieść równa, czy rewelacyjna, niemniej spędziłam przy niej kilka całkiem przyjemnych chwil.


Moja ocena:
★★★★★★☆☆☆☆
(dobra)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz