Tytuł oryginału: Tkanki
Autor: Dominika van Eijkelenborg
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiecie
Nastoletnia Evi ma poważne problemy z sercem, na które jednym ratunkiem jest przeszczep. Ani dziewczyna, ani nikt z jej otoczenia nie spodziewali się jednak operacja będzie początkiem, a nie końcem problemów..
&&&
Zarówno okładka – mocno różowa, z
nieco przerażający oczami pośrodku, jak i opis – mówiący wprost, że mam do
czynienia z thrillerem, sprawiły, że oczekiwałam innej książki. Sięgając po
Tkanki, spodziewałam się bowiem powieści zaskakującej, mocnej, takiej, która
przyprawi mnie o szybsze bicie serca bądź przynajmniej wywoła ból głowy.
Tymczasem okazję się, że historii chorej na serce nastoletniej Evi owszem jest
wciągająca, ale z pewnością nie wywołuje tak zwanego „dreszczyku emocji” i nie
opiera się na jakiś ogromnej tajemnicy. Książce Dominiki van Eijkelenborg,
zdecydowanie bliżej jest, więc do bardzo ciekawej, ale jednak książki
młodzieżowej.
Zabawne, jak inaczej wyglądają i pachną dobrze znane, stare miejsca, gdy wracasz do nich po przeżyciu czegoś niezwykłego. Nagle wszystko zdaje się odmienione, choć wciąż jest dokładnie takie samo. Jedyne, co się zmieniło, to ty.
Przyjemna – tak w jednym słowie
mogłabym określić lekturę tej powieści. Autorka posługuje się prostym
słownictwem, ale ma umiejętność tworzenia za jego pomocą ładnych, prostych
zdań, które w dodatku następują po sobie niezwykle płynnie. I nawet jeśli przez
pierwsze kilkadziesiąt stron historia płynie raczej powoli, tak za sprawą
dobrego stylu pisarki wciąż czytało mi się to bardzo dobrze. Po nieco
wolniejszym wstępie akcja nie zaczyna jednak pędzić, o ile toczyć się nieco
szybszym, ale przy tym wciąż własnym tempem. Tkanki nie są powieścią, w której
wydarzenia następują po sobie błyskawicznie, one dzieją się w dogodnym dla
siebie momencie.
Książka nie była zaskakująca.
Owszem opierała się na niezwykle ciekawym motywie konsekwencji przeszczepu
serca i wydaje się, że w pełni go wykorzystała, jednak następujące po sobie
wydarzenia z łatwością mogłam przewidzieć. Odbierało to całości nieco
dynamizmu, a przez nie siedziałam i nie siedziałam jak na szpilkach, wyczekując
następnych wydarzeń, lecz mimo to nie mogłam się od tej historii oderwać.
Wydaje się, iż autorka ukrywała w historii Evi innego typu magnes, który
przyciągał mnie do siebie i nie chciał puścić.
Emocje. Emocje. I jeszcze raz
emocje. Czułam niemal namacalną więź z głównymi bohaterami, więc ich kolejne
wybory miały spory wpływ na moje uczucia. Nie potrafiłam nie kibicować Finnowi,
który według mnie był najciekawszym bohaterem w całej historii, a który wydawał
się pozbawionym siły i własnej woli pluszowym misiem, ukrywającym swój ból i
zagubienie, samemu tonąć w cieniu. Lubiłam też Evi, która może podjęła kilka
nierozsądnych decyzji, lecz wydawała się niebywale prawdziwa w swoim
zagubieniu. Poczułam sympatię również do niewystępującej tu bezpośredni Finyi,
której energia i wyrazistość niemal wypływa z każdego poświęconego jej opisowi.
Ciepłymi uczuciami obdarzyłam również rodzinę Evi – jej zagubioną, prawdziwą w
swoich lękach matkę, jej wyluzowanego ojca i pełną dobre energii ciotkę.
Niezbyt podobała mi się za to sylwetka Sander, który wydał się zbyt oczywisty i
fakt, iż postaci jego kolegów wydawały się prostoliniowe i sztampowe.
Wyłapałam jego zaciekawione spojrzenie. Nagle zauważyłam, jakie ma piękne oczy. Bursztyn, żywica, ogień, iskra, zachód słońca, jesienne liście, lawa. Obrazy wybuchały migawkami w mojej głowie. Jakby to wszystko kryło się w jego oczach, w ich głębokim, świetlistym kolorze. Jak owad uwięziony w bursztynie.
To jak wielu bohaterów tej
historii polubiłam, wpłynęło na mój odbiór występujących tu wielu perspektyw.
Może momentami przejścia między nimi były zbyt nagłe, a to iż autorka wracała
do opisanych już wydarzeń opisanych tym razem przez inną postać, powodowało
zamęt. Mimo to nie potrafiłam, nie się cieszyć się poznając myśli, uczucia
kolejnych bohaterów.
Relacje między bohaterami były,
krótko mówiąc, skomplikowane. Relacja matki z córką określała bezradność
Chantal i jej naturalne niezrozumienie dla zachowania córki. I choć zażyłość ta
była najbardziej emocjonalną i trudną, tak ja nie potrafiłam się w nią wczuć.
Czułam, po prostu, że pewne decyzje miały popchnąć akcje do przodu i nawet
jeśli były realne, tak nie potrafiłam odrzucić od siebie tej myśli. Uczucie
między Evi i Sanderem było zaś o wiele prostsze i dość oczywiste, a mimo to na
tyle dobrze rozpisane, że nie przeszkadzało w lekturze. Bardzo podobała mi się
również relacja między Evi i Finnem oraz Finyą i Finnem, w których to sympatia
wydaje się niemal nieistniejąca, a jednak ukazywała się w drobnych gestach i
kilku słowach. Co ciekawe Dominika van Eijkelenborg nie pominęła wątku
rozwiedzionych rodziców głównej bohaterki, kreując go na trudny, ale również w
fajny sposób naturalny.
Warto wspomnieć o pięknym,
zamykającym wszystkie wątki, a jednocześnie pozostawiającym trochę miejsca na
rozważania czytelnika zakończeniu. Nie było to coś niewiarygodnie odkrywczego,
ale pięknego w swojej prostocie. Po skończeniu powieści wciąż odczuwam
przyjemne mrowienie na samą myśl o tych ostatnich stronach. Wydaje się, że
autorka wybrała najlepsze z możliwych zakończeń – takie, które nie jedynie
zamyka wątki, lecz uzupełnia całość, czyniąc ją jeszcze lepszą.
A ja byłem sam, jak zawsze. Z kimkolwiek bym nie był, czułem się samotny. Jakby ktoś oderwał połowę mnie i pozostawił krwawiącą ranę. Nieważne, jak skutecznie znieczulałem ból, który mi zadawała, krwawienie nie ustawało. Byłem zbyt zmęczony. Noszeniem ciężaru winy i wykrwawianiem się.
Tkanki nie są pozycją dla
spragnionych zaskoczeń czy dreszczyku emocji. Są za to pozycją z
bardzo dobrą historią i niezwykle sympatycznymi bohaterami, o których
perypetiach czyta się naprawdę przyjemnie. Może i nie dla fanów mocnych
thrillerów, lecz zdecydowanie dla fanów rewelacyjnych książek młodzieżowych. Ja
przy powieści Dominki van Eijkelenborg bawiłam się świetnie i tego samego Wam
życzę!
Moja ocena:
★★★★★★★★☆☆
(rewelacyjna)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz