Ariana | Blogger | X X

07.06.2019

I tylko nie ma miłość...

Tytuł oryginału: Teoria opanowywania trwogi
Autor: Tomasz Organek
Wydawnictwo: W.A.B


Borys ma 39 lat i od dawna tkwi w poczuciu bezsensu i stagnacji. Właśnie stracił pracę, na której nigdy mu nie zależało. Zupełnie przypadkiem spotyka Anetę – swoją największą, nigdy nie spełnioną miłość, którą nie bez powodu nazywał zawsze „Nieta”. Spotkanie doprowadzi do wspólnej podróży – ta może okazać się ucieczką – od poczucia beznadziei, monotonii życia, od pracy, która ich nuży, nieudanych związków i, w końcu, od samotności. Wyprawa niespodziewanie przeistacza się w kryminalną intrygę, rozgrywającą się gdzieś na peryferiach cywilizacji.**



&&&




Nie jestem i nigdy nie byłam szczególną fanką Tomasza Organka. Znam zaledwie kilka utworów jego autorstwa, z czego jedne podobały mi się bardziej, drugie mniej, ale żaden z nich nie zapadł mi szczególnie w pamięć. Gdy usłyszałam jednak, że muzyk wydaje książkę, niebędącą autobiografią, lecz powieścią i na dodatek przeczytałam kilka naprawdę pochlebnych opinii na jej temat, wiedziałam, że będę chciała sięgnąć po tę pozycję. Dzięki uprzejmości Grupy Wydawniczej Foksal udało mi się to zaledwie chwilę po jej premierze.

Śniło mi się, że pędzę rowerem leśnym duktem. Po chwili droga się kończy, a ja się przewracam. Tracę przytomność albo nawet i życie, i chociaż tego akurat nie jestem pewien, to jest to jakaś półświadomość zbliżona do śmierci klinicznej. Przednie koło kręci się jeszcze wystarczająco zamaszyście, żeby wyprodukować ostatnią wiązkę kilku elektrycznych watów, podczas gdy ja, już z góry, obserwuję swoje ciało leżące nieruchomo w bezwładzie liści. Nie rozumiem, dlaczego się przewróciłem ani dokąd i po co tym rowerem jechałem. 

Zamknij oczy i wyobraź sobie, że otwierasz powieść i na pierwszej stronie widzisz ścianę tekstu, i na drugiej, i na trzeciej… W Teorii opanowywania trwogi wręcz irytująco mało było dialogów, a nawet jeśli jakiś się zaczynał, to zaraz zmieniał się w ciągnący się długo monolog, w którym postać opowiadała jakąś historię. I na ogół nie mam problemu z rozległymi opisami, w końcu jednym z moich ulubionych twórców jest Carlos Ruis-Zafon, ale tym razem miałam, i to ogromny. Czytanie ciągnących się w nieskończoność wywodów, które nijak mnie nie angażowały, a wręcz nużyły i sprawiały, że chciałam odłożyć tę powieść na półkę, i już do niej nie wracać. Dlaczego? Ponieważ nie opisywały one przestrzeni ani nie budowały klimatu, ale stanowiły zlepek, czasami wydawało mi się, że nawet losowych myśli. Czasami czytałam historię wybuchu pewnej rury bądź rozległy opis charakteru i wyglądu danej postaci, wszystko to przeplatane ze zwykle kompletnie niepasującymi do głównej historii, komentarzami społecznymi bądź odniesieniami do tradycji. Jakby nie wystarczyłoby, że sama tematyka opisów mnie nie interesowała, tak irytowała mnie ich forma – niekończące się wyliczenia, trzy metafory odnoszące się do jednej sytuacji, następujące zaraz po sobie i wyszukane słownictwo, przeplatane z anglicyzmem, i kompletnie niewpisującymi się w całość wulgaryzmami, w towarzystwie dziwnie wplecionych w całość odniesień do słynnych utworów. I chociaż naprawdę się starałam docenić warsztat, tak mimo bogatego słownictwa, i poprawnie skonstruowane zdania, zabrakło lekkości, i umiejętności zaangażowania czytelnika w opowiadaną historię.

Nie jestem pewna, jakiej fabuły spodziewałam się po krótkim opisie umieszczonym na tylnej stronie okładki, ale z pewnością nie oczekiwałam tego, co otrzymałam. Bo całą historię mogłabym streścić w trzech czy czterech nieszczególnie złożonych zdaniach, a czytanie trzystu stron a jakich zamknął ją autor, zajęło mi ponad tydzień. Bo wątek związany z Maxem był bardzo naiwny i w mojej ocenie bardziej przypominał akcje z Komisarza Alexa niż z prawdziwego kryminału. Bo, choć muszę przyznać, że w pewnym momencie autorowi udało się mnie zaskoczyć, tak nie podobało mi się to, co otrzymałam. Bo pierwsza połowa była kompletnie o niczym, a druga nie była od niej o wiele ciekawsza. Bo oczekiwałam czegoś o wiele, wiele bardziej angażującego.

Nie wiem, co mogłabym Wam powiedzieć o bohaterach tej powieści. Borysa, jej narratora, nie udało mi się nijak poznać, bo choć siedziałam w jego głowie, to z jego myśli nie potrafiłam wyróżnić zarysu postaci ani konkretnych cech charakteru. Nieta (swoją drogą ogromnie podoba mi się to przezwisko) wypadła w moich oczach równie nijako, nie ukazując mi się ani z dobrej, ani ze złej, ani tak naprawdę z żadnej innej strony. Relacja między tą dwójką wypadła zaś okropnie niezręcznie i nie byłam w stanie nijak im kibicować. I niestety podobnie ma się kreacja pozostałych bohaterów, i kolejnych kreacji. Owszem niektóre postaci miały ciekawe historie z przeszłości, ale sposób, w jaki autor ich nam przedstawiał, za pomocą rozwlekłego opisu, był zwykłym pójściem na skróty, które nie wyszło tej historii na dobre. Poszczególne relacje można by, zaś opisać jednym bądź dwoma słowami. Wszystko to miało spory wpływ na to, że nie potrafiłam zaangażować się w tę historię, bo najzwyczajniej na świecie nie miał mi kto w niej towarzyszyć.

Na cmentarzu pojednać się trzeba, a nie poróżnić. Pojednać się znacznie łatwiej po śmierci, bo po śmierci mówi się albo dobrze, albo wcale. Żywy mówi dobrze, a nieżywy wcale. A w życiu już trudniej, bo jeden mówi dobrze, a drugi źle i nie dość, że żywy to jeszcze wredny. Po śmierci trzeba człowiekowi wybaczyć to i owo.

Może jestem zbyt młoda na jej lekturę, może za mało inteligenta, by odnaleźć w tej historii to, co udało się odnaleźć innym, jej filozoficzny wymiar i drugie dno, a może to po prostu nie była powieść dla mnie. Niemniej dla mnie czytanie Teorii opanowywania trwogi było długą wyprawę przez mękę, na którą składały się ciągnące się w nieskończoność wywody o wszystkim i o niczym, brak bohaterów, którym chciałabym towarzyszyć, a także brak angażującej fabuły. Naprawdę chciałabym powiedzieć, że to dobry debiut, ale niestety nie mogę.

Moja ocena:
★★★☆☆☆☆☆☆☆
(słaba)





Za egzemplarz powieści serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Foksal ;)




*tytuł wpisu zaczerpnęłam z jednej z piosenek Organka pod tytułem „Niemiłość”
**wybaczcie, ale tym razem opis pochodzi od wydawnictwa, bo mimo najszczerszych chęci nie potrafiłam skonstruować własnego

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz