Ariana | Blogger | X X

04.04.2020

Trzy razy nie, czyli o tym jak Leigh Bardugo okropnie mnie rozczarowała





Aż nie wiem, od czego zacząć. Nie jestem typem czytelnika, który czuje się rozżalony po lekturze książki. Bywało już tak, że jakaś książka nie dorównała moim oczekiwań, bywało, że autorzy niszczyli własne wspaniałe pomysły przez słabą realizację i bywało tak, że niektóre powieści zwyczajnie mi się podobały. Nigdy jednak po skończonej lekturze nie czułam się tak… Oszukana? Rozgoryczona? Rozczarowana? A tak jest właśnie teraz, gdy skończyłam cykl Grisza Bardugo. Ta sama Bardugo, która oczarowała mnie w serii o Wronach, tutaj bowiem stworzyła historię, która złamała moje serce, tym jak okrutnie mi się nie podobała.

Zacznijmy jednak od początku.

Nie przeczytałam opisu tej serii, nim po nią sięgnęłam. Teraz gdy jednak na niego patrzę, widzę, że zapowiadał on bardzo prostą, powiedziałabym, że wręcz banalną historię o wybrańcu, którą każdy z nas już gdzieś słyszał. Mnie jednak pozorna banalność nigdy nie zniechęca. Wierzę bowiem w to, że z banalnej historii można stworzyć rewelacyjną historię, kradnąc serce czytelnika na przykład bohaterami. Sięgnęłam jednak po tę serię Bardugo, ponieważ jej inne książki sprawiły, że uwierzyłam w jej umiejętności pisarskie. Tymczasem cykl Grisza był moim zdaniem kompletnie… nijaki, zbyt podobny do innych serii i zwyczajnie nudny.

Ta seria powinna stać bohaterami, a przynajmniej mieć bohaterów na tyle charyzmatycznych bym chciała czytać o ich przygodach, by czytanie o nich dawało mi satysfakcję. Muszę, jednak z ogromnym żalem przyznać, że postaci w tej książce były po prostu nudne, nijak mnie nie fascynowały, ani nie budziły mojej sympatii. Alina miała potencjał na to by być ciekawą bohaterką – wybraniec, Przywoływaczka Słońca, a przy tym dziewczynka z sierocińca, która miała w sobie spore pokłady egoizmu – to połączenie mogło świetnie zadziałać, nawet mimo tego, że bohaterka przez nie sporo się wahała (a nawet sporo za dużo bym powiedziała). Niemniej Alina wypadła w moich oczach okrutnie blado, nijak nieinteresująco. Nie potrafiłam jej polubić, nie potrafiłam jej kibicować, a biorąc pod uwagę, że była ona nie tylko główną bohaterką, ale także narratorką tej historii, byłam przez to oddalona od tej historii, od jej historii, która co by nie mówić w pewnym momencie po prostu przestała mnie interesować.
Mal to zaś bohater początkowo całkiem sympatyczny, ale wraz z biegiem czasu coraz bardziej i bardziej męczący w swoim heroizmie. Moje największe rozczarowanie to jednak postać, głównego antagonisty, o której nasłuchałam się mnóstwo dobrego. Tymczasem Darling (bądź jak mówi inne tłumaczenie Zmrocz) to antagonista do bólu typowy, może początkowo dość charyzmatyczny, ale wraz z biegiem historii tracący w moich oczach coraz bardziej i bardziej, gubiący gdzieś krok po kroku swój mrok. Aż w końcu pozostał z niego, ten wielki złol, skrzywdzony przez świat morderca, pozbawiony ciekawszej motywacji niż „oh, bo świat mnie skrzywdził”. Typowy, typowy i jeszcze raz typowy.

Bohaterowie drugoplanowi byli zaś ponownie zwykli, wykreowani niby całkiem dobrze, ale nijak niezapadający w pamięć. Zaledwie jeden z nich się wyróżniał i był to ten bohater, który w zależności od tłumaczenia, przyjmował przeróżne wersje jednego – Nikołaj, Mikołaj, Nikolai. Jakkolwiek by go jednak nie nazwać, to był ten typ bohatera, do którego przyzwyczaiła mnie Bardugo w poprzednich książkach – charyzmatyczny, inteligentny, z fajnym, niewymuszonym poczuciem humoru – to takich bohaterów szukam w książkach!




Wątki miłosne to kolejny element, który bardzo przeszkadzał mi w tym cyklu. Dlaczego nikt nie dał znać Leigh Bardugo przed pisaniem tych powieści, że jeden wątek miłosny na jedną bohaterkę naprawdę wystarczy? Przynajmniej tyle, że ktoś najwidoczniej dał jej znać później, bo obawiam się, że gdyby tak się nie stało, to w Szóstce wron zabrakłoby autorce miejsca na, chociażby wspomnienie o jakimś tam napadzie. Bo w Griszach na jedną bohaterkę przypadało trzech, a przez chwilę nawet czterech, adoratorów. I niby każdy z nich miał inną motywację, by walczyć o serce Aliny, ale i tak czytało mi się o ich zalotach źle. Natężenie scen miłosnych na metr kwadratowy było tu bowiem zdecydowanie zbyt duże, a co więcej sceny te były tu momentami tylko po to, by bohaterka mogła o nich rozmyślać o nich przez następne kilkadziesiąt stron.

Sam pomysł na fabułę tej powieści był dość oklepany, ale przy tym miał całkiem niezły potencjał na naprawdę dobrą historię. Okazało się jednak, że pomysłu tego starczyło na zaledwie kilka scen, a że seria ma całe trzy tomy to mamy tu naprawdę sporo zapychaczy miejsca, czyli scen, które były tu kompletnie niepotrzebne lub takich, które zostały rozciągnięte do absolutnego maksimum. Odnoszę wrażenie, że gdyby była to dylogia to o wiele więcej by się tu działo, a przez to o wiele lepiej by mi się tę serię czytało. I może wtedy nie musiałaby czytać aż trzech scen wielkiej walki, które biorąc pod uwagę, że kończyły każdy tom, to w moich oczach, ta ostatnia z ostatnich straciła już na takim znaczeniu, straciła przysłowiową „pompę”, jakiś urok i całą wagę. Bo ja lubię, gdy finałowe sceny mają swój ciężar, gdy czuję, że to, co się dzieje, ma jakieś znaczenie, tymczasem tutaj nie czułam żadnych emocji związanych z wielkim finałem, poza zmęczeniem materiału. 
Poza tym nie ukrywam, że ta seria nie skończyła się, dokładnie tak jak się tego spodziewałam, ale kosztem tego zaskoczenia było to, że autorka zastosowała to jedno rozwiązanie, którego szczerze nienawidzę w książkach (to chyba naprawdę moje najbardziej znienawidzone rozwiązanie), nie dotrzymała tym samym pewnej obietnicy i uczyniła finał po prostu okrutnie ckliwym.

Nie do końca rozumiem pewien wątek przewijający się przez tę książkę. Zawsze wydawało mi się bowiem, że albo coś działa, albo nie działa. Ale w tej serii, z jakiegoś powodu niektóre rzeczy zaczynają działać dopiero w chwili, gdy bohaterka zda sobie sprawę, że działają. Dlaczego?

Muszę oddać jednak autorce, że jakkolwiek nie podobała mi się ta sztuczna kreacja świata przedstawionego na carską Rosję, która objawiała się jedynie w tym, że pewne rzeczy miały rosyjskobrzmiące nazwy, a na króla mówiło się carze, tak sama koncepcja Griszów i ich mocy, a także same wątki polityczne naprawdę mi się podobały.



Podsumowując


To nie tak, że ten cykl jest zły od początku do końca, sama koncepcja Griszów była ciekawa, a sprawy polityczne, gdyby dać im więcej miejsca mogłyby dobrze wybrzmieć i nawet z tej do bólu pospolitej fabuły, dałoby się zrobić coś dobrego. Tyle tylko, że nie potrafię spojrzeć na tę serię inaczej niż na jedno wielkie rozczarowanie, myśleć o niej i czuć się rozgoryczoną. Bo Leigh Bardugo potrafi pisać, udowodniła mi to już w innej serii, ale tutaj, w swoim debiucie stworzyła historię banalną i ckliwą, której protagoniści nijak mnie nie interesowali, a antagonista był dokładnie taki jak setki innych, przez co stałam gdzieś z boku, oglądałam ich przygody przez szybę, nie czując żadnego zaangażowania, czy emocji. Oliwy do ognia dołożyło także zakończenie tej powieści, które było po prostu na siłę dramatyczne i te dwa ostatnie zwroty akcji, które wypadły okropnie ckliwie.
Może przesadzam. Najpewniej przesadzam, ale jestem po prostu okropnie rozgoryczona tym co dostałam w tej serii i nie potrafię spojrzeć na nią inaczej niż na wielkie rozczarowanie.



Moja ocena serii: 
★★★☆☆☆☆☆☆☆
(słaba)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz