Ariana | Blogger | X X

01.05.2021

Znane baśnie w nowej wersji, czyli moja opinia o Sadze Księżycowej


Jeżeli obserwujecie Bibliotekę Wspomnień na Instagramie, najpewniej wiecie, że marzec był dla mnie trudnym miesiącem, także pod względem czytania Zaczynałam jedną książkę, a po trzech rozdziałach  odkładałam ją z silnym poczuciem, że nie chce tego czytać. Potem proces ten powtarzał się i powtarzał, i powtarzał… Chciałam czytać, ale nie potrafiłam jednak znaleźć książki, która zaciekawiła by mnie na tyle bym chciała przeczytać ją w całości. Ostatecznie poprosiłam więc przyjaciółkę o przejrzenie mojej wirtualnej półki i wybranie dla mnie tytułu. Jej wzrok przyciągnęła Saga Księżycowa, która jak powiedziała: „brzmi na tak pokręconą, że do ciebie pasuje”. Zaczęłam więc czytać i nagle strony przepłynęły mi przez palce, a ja w ułamku sekundy przeczytałam pierwszy tom, by zaraz sięgnąć po drugi, trzeci i w końcu czwarty, a wszystko to wydarzało się bardzo szybko.

Nie przedłużając zapraszam na moje naprawdę krótkie wrażania po przeczytaniu każdego z tomów serii.

&&&



Cinder to nietypowy retelling Kopciuszka, któremu udało się mnie przekonać do siebie niezwykle szybko. Łączy on bowiem w sobie kilka tak nietypowych elementów – androidy, cyborgi, międzygalaktyczne wojny, z czymś, co, w moich oczach stanowi esencje baśni o Kopciuszku – miłość do księcia, wredną macochę i przyrodnie siostry oraz przede wszystkim bal. Jakby tego było mało, pojawia się tu także motyw plagi, o którym w obecnej sytuacji czytało mi się nieco niezręcznie oraz ludność zamieszkująca księżyc. I gdy tak patrzę na te wszystkie elementy oddzielnie, mam wrażenie, że to wszystko nie mogło stworzyć jednej spójnej historii. A jednak Marrisie Mayer się to udało. Czytając Cinder miałam bowiem wrażenie, że krył się tu duch starego dobrego Kopciuszka, a jednocześnie bohaterowie tej historii napisali znaną już baśń w zupełnie nowy sposób, dzięki czemu czytałam tę historię ze sporym zainteresowaniem.

I może zwroty akcji, dla kogoś, kto tak jak ja, ma za sobą już dobre kilkadziesiąt książek tego typu, nie będę zaskakujące i może san styl pisania Marissy Meyer nie był idealny, ponieważ czytając pewne opisy, miałam ochotę je pomijać, ponieważ wydawały mi się nieangażujące, a czasem nawet niepotrzebne. Myślę jednak ciepło o bohaterach tej książki — zagubionej, ale odważnej Cinder, która była dla mnie jedną z niewielu głównych bohaterek, którym chciałam kibicować, a także o zabawnej Iko i nawet ten nieco mdły książę wydawał mi się po prostu dobrą osobą. Naprawdę podobały mi się tu także relacje między postaciami oraz to, że wątek romantyczny nie przysłaniał innych, ciekawszych wątków, co było łatwo.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdybym miała pięć lat mniej, zakochałabym się w tej książce bez pamięci. Ale nawet teraz, mając te kilka lat więcej, Cinder czytałam z przyjemnością i nie mam wątpliwości, że tę szaloną historie Kopciuszka będę wspominać ciepło i z pewnością nie zapomnę o niej, gdy będę mówić o retellingach, ponieważ to był zdecydowanie jeden z tych bardziej oryginalnych i udanych.

Moja ocena :

★★★★★★☆☆☆

(bardzo dobra)




Mój największy problem ze Scarlet polega na tym, że wydarzenia z tej powieści tak naprawdę nie mają większego znaczenia w kontekście całej serii. Wszystko dlatego, że historia tytułowej bohaterki co prawda wiąże się w pewien sposób z Cinder, ale jednak moim zdaniem nie udziela na tyle ważnych odpowiedzi, by warto było dla nich przeczytać całą książkę. Mam wręcz wrażenie, że gdybym przeczytała sam początek tej powieści i jej zakończeni, nie straciłabym tak naprawdę nic ważnego. W trakcie czytania czułam się więc przez zdecydowaną większość czasu znudzona i tylko czekałam, aż pojawi się rozdział z perspektywy Cinder. Jako samodzielna książka, stanowiąca retelling Czerwonego Kapturka, sprawdzić by się mogło bowiem całkiem nieźle, a jako drugi tom serii wydawał mi się zbędny. Doceniam, co prawda to jak sprawnie Marissa Meyer wplotła tutaj baśniowe motywy na swoich własnych zasadach, tak by były jednocześnie tym, co znane i jednocześnie czymś całkiem nowy, ale poza tym trudno mi powiedzieć bym czytając tę książkę, bawiłam, się szczególnie dobrze. Wszystko to dlatego, że ani postać Scarlet, ani Wilka nie wydawały mi się szczególnie interesujące, a ich relacja nie opierała się motywach, które szczególnie bym lubiła. Jasnym punktem wydaje się zaś nowy bohater – Thorne, który już tutaj zyskał moją sympatię, a mam wrażenie, że w następnych tomach Sagi Księżycowej może być już tylko lepiej.

Nie mogę powiedzieć by Scarlet, była książką złą, ale w moich oczach stanowi średnią historią samą w sobie i bardzo przeciętny drugi tom serii.

 Moja ocena :

★★★★☆☆☆☆☆☆

(może być)


O ile Scarlet jako książka nie skradło mojego serca, tak Cress z pewnością wskoczyło kilka poziomów wyżej, nie przeskakując jednak w moich oczach Cinder. W trzeciej już części Sagi Księżycowej przeczytać możemy historie opartą na baśni o Roszpunce. I ponownie nie była to może powieść szczególnie zaskakująca, ale ponownie bardzo  podobało mi się to jak Marissa Meyer bawiła się znanymi mi baśniami, wykorzystując ich najważniejsze elementy, a jednocześnie sprawiając, że bohaterowie jakby pisali ją sobie od nowa. Co ważne wydarzenia mające miejsce w tej części wydawały mi się o niebo ciekawsze, przez to że miały znaczący wpływ na główny wątek całej serii, rozwiązywała pewne problemy, tworzyły się w niej nowe sprawy do rozwiązania, a jednocześnie pojawiło się tu trochę odpowiedzi. Miałam też wrażenie, że kolejne perspektywy, które się tu pojawiły były nie tylko ciekawe, ale po prostu ważne.

 Sama Cress nie będzie może moją ulubioną bohaterką serii, ponieważ była jednak dość infantylna, ale z drugiej strony, po tym co przeszła, trudno mi ją za to winić. Otrzymaliśmy tu także więc Thorne, który dzięki tej książce jedynie zyskał w moich oczach i zdecydowanie wskoczył na listę moich ulubionych postaci z całej serii.

Musze też wspomnieć o tym, że momentami miałam wrażenie, że autorka nie wykorzystuje potencjału jaki tkwi w stworzonym przez siebie świecie, ponieważ po Cress wciąż niewiele wiem o Księżycu i jego mieszkańcach. Miałam też wrażenie, że momentami jednak autorka za bardzo odkładała pewne wydarzenia w czasie, podczas gdy ja z niecierpliwością czekałam na finał pewnych wątków.

Niemniej przy Cress bawiłam się rewelacyjnie. Już wiem, że trudno mi będzie rozstać się z tymi bohaterami.

Moja ocena :

★★★★★★☆☆☆

(bardzo dobra)

 

Miałam w planach napisanie krótkiej opinii na temat Winter, ale moje najważniejsze wrażenia można tak naprawdę zamknąć w jednym zdaniu – momentami chciałam żeby Marrissa Meyer przestała tak odkładać w czasie wielki finał, ponieważ robiło się to nieco nużące, a momentami chciałam, żeby odkładała go jak najdłużej, nie chcąc żegnać się z tą historią. Ponownie zabawa z motywami baśniowymi, tym razem zaczerpniętymi z Królewny Śnieżki, wyszła autorce absolutnie rewelacyjnie i dzięki temu książkę czytało mi się bardzo przyjemnie. Uważam też że bohaterowie, których poznajemy w tej części byli dobrze napisani, a ich historia była chyba najbardziej interesującą ze wszystkich z tej serii.  Niemniej wciąż było tu kilka fragmentów, które miałam ochotę przekartkować, a samo zakończenie nie zrobiło na mnie szczególnie dużego wrażenia – miało zarówno swoje plusy, jak i minusy, w konsekwencji kończąc po prostu jako średnie.  

 Moja ocena :

★★★★★★☆☆☆☆

(dobra)


Słowem podsumowania

Chcąc podsumować moje wrażenia o całej serii mogę zaś tylko odnieść się do własnych słów. Gdybym miała piętnaście lat, nie mam wątpliwości, że zakochałabym się w tej historii bez pamięci. Mając jednak lat 21, a za sobą wiele serii stworzonych na podobnych motywach, nie mogę się oprzeć, że czegoś tu zabrakło, bym uznała tę serię za coś naprawdę wyjątkowego. Myślę, że są to tylko i aż dobre książki, z którymi można spędzić przyjemnie czas.


Moja ocena całej serii:

★★★★★★☆☆☆☆

(dobra)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz